wtorek, października 30, 2007

Santorini- Ateny...

... Sifnos, Ios, Poros, Eida...

Taka Grecja to raj na ziemi. Cudownie przepiękne niebieskie morze a z niego cudowne Góry wystające na 200m podnad poziom. Malutkie porciki rybackie, żółte sieci, zachody słońca na szczytach gór. Dno widoczne na 20 m w dół, słona woda, ośmiornice przy brzegu.

SIfnos - wyspa garncarzy, cudownych widoków, pustych przestrzeni, przepysznych knajpek i super plaż! :) Spędziliśmy tam dwa dni czekając aż skończy się sztorm na morzu. Z Dorotką przejeździłyśmy wyspę na Kuadzie w tę i spowrotem. Odkryłyśmy knajpkę - najtańszą i najpyszniejszą w całej Grecji. A była położona 1,5m od morza! W prześlicznej zatoczce zupełnie jak wyjętej z "Podróży wędrowca do świtu".
Na wyspie tej było pełno wydarzeń - gigantyczne promy i tankowce przypływające w środku nocy, spacery po porcie w nocy, ale przede EWAKUACJA Z ŁÓDKI i TOCZENIE NA KOLE :)
Jednej sztormowej nocy gdy silne podmuchy wichrzyska zbiegały aż do portu nasz kapitan zarządził ewakuację. o 12 w nocy zwinnie zbiegliśmy po trapie na uśpione nabrzeże, jak przy porządnej ewakuacji oczywiście mieliśmy na sobie kapoki, a pod pachą koce. Po pewnym czasie udało się ustalić że niebezpieczeństwo nie jest wielkie, ale i tak do około 2 w nocy nasza załoga podsypiała na ławeczkach oraz rozkręcała imprezę w portowej knajpce.
Poznałam również bardzo miłego pana garncarza z dziada pradziada. Pan z olbrzymim entuzjazmem przygotował dla mnie 20 kulek gliny, a potem jeszcze trochę dorobił. 2 godziny spokojnie próbowałam swoich sił na kole.
Sifnos jest cudowne - po dwóch dniach czułam się jak w domu! :)

Ios, Eida - obie wyspy odwiedzone tylko na pół dnia. Piękne, górzyste, na obu ze szczytu widać najpiękniejszy zachód słońca w całej Grecji (according to local people :)). Przepiękne małe porciki. czuło się już koniec sezonu - woda z basenów spuszczona, kaczki na ogrodach powieszone, okna hoteli zalepione gazetami.

Na Poros odczułam wyjątkowo jak drapieżczo ludzie obchodzą się z wyspami i z morzem. Jak na Mazurach kilka lat temu. Gdy pływa się w zatoczkach dzięki krystalicznie czystej wodzie widać 20 metrów niżej leżace na dnie plastykowe torebki, aluminiowe tacki, gąbki, reklamówki, gumowe cosie i niewiadomo co jeszcze. Dookoła ciebie natomiast unoszą się strzępki papieru toaletowego - bleeech! W niektórych miejsach na wodzie widać pianę która tworzy się dzięki litrom szamponów, mydeł oraz płynów do zmywania naczyń wlewanych do wody! Widoki cudne, ale trzeba zacząć mysleć o stanie wody!

poniedziałek, czerwca 18, 2007

5'nizza - Гимн СССР

bo tej moga nieznać nawet fani

5'nizza - new day

niech posłucha ten co nie zna, nie popatrzy ten co zna

5-nizza

Wyjazdy, wyjazdy. Mój blog wyjazdowy, ale czegoś takiego jak koncert 5nizzy - piewrszy i ostatni w polsce, tego nie można przeoczyć. Konert bardzo odjazdowy. Dla mnie też wyjazdowy. Za jakiś czas mam nadzieję że pojawią się również zdjęcia. najpierw warszawa, tam mnie zaczarowało i teleportowało do Krakowa! No a w klubie Studio najlepsze możliwe - support Kochankowie Gwiezdnych Przestrzeni, potem 5nizza. Klub drżał w posadach! :) Nowe info:) 5nizza w składzie :
Andriej Zaporożec - znany z płyty Ljuk Lemon
Sergiej Babkin - płyta Ura!
Ostatni koncert 5nizzy bo już więcej nie będą razem grać... każdy sobie od teraz...
zato przeżycie to niezwykłe, dwóch ich, gitara, a w dół kopara.

wtorek, lutego 27, 2007

Paryż - Utrecht- Utrecht - Paryż

najpier ziuuuu to Paryża, tanie linie lotnicze = lotnisko Beauvais 1h drogi od Paryża. Za to Słońce postanowiło mi towarzyszyć i opromieniać moją podróż swoją obecnością :) bez żartów. ci co znają Słońce wiedzą jakie jest promienne :)

Paryż + KasiaM. Wybrałyśmy się na imprezę do Prayżweska. Artyści i artyski, tańczenie do rana, maszynka do robienia baniek mydlanych, 400 balonów dmuchanych przez Kasie. Zjawiskowe osoby... śmieszne zaproszenie na całe wydarzenie. Następnie filmy bollywood na wyprzedaży... kolega co towarzyszył narodzinom Pestki....

Chwilę później bo tylko 1 dzień później wyskoczyłyśmy z mieszkana w Nuilly i pojechałyśmy szukać szczęścia w Utrechcie. po dwóch godzinach stania na wietrze i deszczu (chyba poadało.. a przynajmniej tak się czułysy) myślałyśmy już że przyszła porażka! a tu nie! gdzie tam! rodzice i 2-miesięczny bobas. Potem inni mili ludzie, śmieszny koleś co ma siostę w antwerpii, a na koniec bracia co właśnie wracali z Disneylandu (starszy zapieprza w pracy i wygrywa nagrody- za rok do Włoch...). I na 23 równiousieńko zjawiłyśmy się u Ewska na urodzinach francuski:)

Utrecht- erazmus pełną gębą :0 . U niej w domu: Hindus z singapuru, Luksemburczyk, Austriaczka, Niemka, Chilijczyk, Singapurka, Koreańczyk... i to chyba koniec :) Masa ludzi chodzi w te i spowrotem, po chodniku nie da sie chodzić bo ze wszystkich stron atakują rowery :). Wiele kaw wypitych, partyjek w elStupido rozegranych... filmów obejrzanych... zakazów jedzeniowych złamanych (W tym przodowało Ewsko). Dwa dni minęly jak z bicza strzelił.

Ranek powrotny powitał nas śnieżycą co natychmiast zmoczyła nasze buty ale również zmiękczyła serca ludziom i zaraz znalazł się ktoś żeby nas dalej podwieźć. No i po drodze na stacji lody Ben& jerry -mniammsss :0

Paryż: tym razem wizyta w le Petite Bar... jescze go może kiedyś bliżej opisze, ale i tak bez przekazów węchowych nei ma tak narpawdę co sie porywać na opisy. poza tym spacery z Józkiem, więcej filmów...

buch spowrotem do Polski, piorunem, błyskiem, calkiem szybko...

czwartek, stycznia 11, 2007

...


jedziemy na Polunie
 
 

Palmy + swiateczne lampki
  Posted by Picasa

i jeszcze kilka zdjec

 
 
  Posted by Picasa

jedziemy do El Rosario

  Posted by Picasa

En Mexico

Nasz kolejny trip. Najpierw fru do Philly, Kasiolek pod pache i dalej - prosto do California Baja. A gdzie to? zaraz ponizej od Californi w USA, miedzy Pacyfikiem a Morzem Corteza (w Polsce zwanym zat Kalifornijska). Pieknie tam i bardzo pustynnie. Krajobraz pelen nieba, przestrzeni oraz kaktusow. Te ostatnie byly moimi faworytami. Kaktusy rosna tutaj na 2 albo i 3 metry, igly maja dlugie jak sznurowadla. Tworza koaktusowe zagajniki oraz zarosla. cos niesamowitego.
Przez cala Baja California idzie wlasciwie jedna droga (dlugosci 1200km, szerokosci waskich 2 pasow bez pobocza). Na pustyni swieci slonce ale do tego wieje przenikliwy wiatr. Nocami jest zimno calkiem jak w Polsce tej zimy. Miasteczka sa male i najczesciej rozciagniete wzdluz drogi (ale nie zawsze - zdarzaja sie tez takie centra jak Ensenada czy La Paz).
Ciekawostki:
Santa Rosalia - kosciolek caly zrobiony ze stali, zaprojektowany przez Eiffela, zbudowany razem z wieza, tylko zamiast do Paryza dostarczony na wybrzeze Californii.

Cabo San Lucas - miasteczko na samym poludniu polwyspu -pelne turystow oraz drogich hoteli. To tam spotyka sie Pacyfik z Morzem Corteza.

Guerrero Negro - malutkie miasteczko, calkiem brzydkie i polozone "w bok od szosy glownej", za to mozna sie z niego wyprawic na ogladanie wielorybow szarych oraz mozna obejrzec wielkie fabryki (?) soli - gdzie wysusza sie sol z morza- mysmy niestety tych atrakcji nie doswiadczyly.

San Ignatio - miasteczko -oaza w srodku pustyni. polozone w dolinie z ktorej poprostu wylewaja sie palmy! Wyglada jak raj na ziemi. spokojne, malutkie, na glownym placyku przycupnieta na scenie choineczka... A jak sie przejechac 1,5h pylistymi drogami przez pustnie mozna dostac sie do laguny z ktorej juz jest blisko do zatoki gdzie w marcu pojawia sie do 250 wielorybow! tam rodzi sie polowa wielorybow szarych na swiecie! Mysmy tez tam widzialy naszego wielorybka! :) I delfiny!

Tijuana - miasto przepelnione ludzmi, straganami oraz sklepami. pamiatkami, sombrerami, przekupniami i jedzeniami. Robi bardzo dziwne wrazenie. Dla mnie najbardziej niesamowite byla swiadomosc ze jestem w tym miejscu o ktrym czytalam na zajeciach ze to przejscie graniczne gdzie najwiecej sie przemyca ludzi oraz towarow - na granicy kolejki, tlok i kontrole... ale nic nie daja...

Stacja PEMEX po srodku pustyni. Ruina (tak jak wiele innych stacji benzynowych na tej trasie) - ktos chyba zrobil kiepski interes- czyzby pierwszy zly interes na ropie? :) tak czy siak stacja to dwie ciezarowki z plastykowymi beczkami na przyczepie z ktorych panowie nalewaja benzyny nielicznym potrzebujacym.

Nowy rok w Meksyku - w Meksyku ludzie w nowy rok nie lataja jak oszalali po ulicach ani imprezach. W zamian za to spotykaja sie z rodzinami - "jedza, pija, lulki pala". Dookola wieszaja tylko Pinadas (kartonowe cudenka z cukierkami w srodku ktore na nowy rok sie rozbija). My wiec wskoczylysmy do autobusu nocnego i nowy rok swietowalysmy w podrozy...

Nasz srodek transportu - autostop. czy niebezpieczny? - nie!. Ludzie mili, przyzwyczajeni do podwozenia innych, nie ma tez problemu z okresleniem kierunku, pisaniem znakow - jak sie stoi po jednej to wiadomo ze na poludnie, jak po drugiej to na polnoc :). Jechalysmy pick-upami (brand new, oraz straszymi), najnowsza Toyota hybrid... , tirem (rocznik '72 - niestety rozwalil sie w srodku pustyni...). Byl rowniez van przerobiony na dom (patenty lodkowe). To chyba bylo dla nas jedna z najfajniejszych przygod- to ciagle spotykanie ludzi!

Ostatnia przygoda - przejscie piechota z centrum w San Diego na lotnisko! najpierw bylo przyjemnie - deptakiem wzdluz zatoki, podziwianie super rzezb, potem zrobilo sie trudniej! ale udalo sie - i nie trzeba bylo nic placic, ani szukac autobusu, ani zuzywac benzyny! mily spacerek. A tam... na lotnisku - bujane fotele! dla czekajacych! :)

sobota, września 02, 2006

Ostatnie dni

Ostatnie dni milaly mi najmilej na swiecie i smutno bo sie trzeba pozegnac. To chyba post najbardziej dla Ewy i Michala (nie wiem czy ktos jeszcze za oceanem czyta po polsku:)).
Strasznie bylo przyjemnie zobaczyc sie ze wszystkimi pokolei. W sobote po skonczonym obozie strasznie sie poczulam wypompowana. Ale jednoczesnie bardzo docenilam czas ze wszystkimi osobami. Z Danielem, Magdalenka, Chipem, Kaska i Wojciechem, Pamela, Emily, Brianem, Hinako, Kim, Ewa, Michalem., Talia. Strasznie to bylo duzo ludzi!

sobota, sierpnia 19, 2006

Worek roznosci

Dni mijaja teraz bardzo szybko- dzieki temu ze pol dnia spedzam na obozie.

Wlasnie dzisiaj zakonczylam drugi tydzien. Ostani dzien byl kryzysowy- dzieciaki wlazily mi na glowe, plecy, rece kolana i nogi w tym samym czasie i ledwo dotrzymalam do 15 kiedy to koncze prace. Ale caly tydzien przebiegl swietnie - znacznie normalniej niz poprzedni, wybawilam sie z dzieciakami tak jak lubie. W tym tygodniu byla na obozie dziewczynka adoptowana z Albanii 7 tyg temu- ledwo mowi po angielsku. Ma 12 lat i jest bardzo fajna, duzo czasu spedzila ze mna bo mi najlatwiej bylo sie nia porozumiec i byla to swietna zabawa. Margerita jest naprawde niesamowita, madra i bardzo bardzo odwazna!

Poza tym okazalo sie ze w Spiral Q chca zebym poprowadzila kilka warsztatow z sitodruku zanim wyjade co mi sprawilo ogromna frajde- warsztatow bedzie tylko 2 lub 3 ale tak czy siak bedzie to swietna zabawa. Najblizszy w srode:))

A dzisiaj wybieram sie z Biranem na tanczenie salsy - Brian niewyspany po trzech nocach w pracy, ale stwierdzilismy ze to ostatani okazja.


Mniej pracuje nad domem bo nie bardzo mam na to czas i energie po powrocie z pracy.

Wczoraj bylam na kolacji z bardzo fajnym moim nowym kolega z Indonezji. Poznalam go w autobusie do Nowego Jorku (bylam tam 3 tyg temu). Strasznie ciekawie sie z nim gada - a w dodtaku jest ziomem socjologiem- skonczyl socjologie religii u siebie w kraju. Troche sobie pogadalismy jak wygladaja Stany z jego perspektywy i objadalismy sie wegetarianskim miesem:))

Poza tym WRRRAAACAM juz bardzo niedlugo.

W Warszawie laduje 31 sierpnia- ale nie wiem o ktorej godzinie (jeszcze sie tego dowiem:)). Hurrraaa!

Oznacza to ze mam caly wrzesien na Polskie wakacje i organizacje (coz za rymy:)).

Troche mi juz z tego powodu smutno, ale tez sie bardzo bardzo ciesze ze wracam do siebie!:))

niedziela, sierpnia 13, 2006

Pierwszy tydzien obozu

No wiec kochani jestem po pierwszym tygodniu obozu.

Nie jest az tak zle jak to sobie wyobrazalam.

Moj dzien zaczyna sie o 6:30 - wyskakuje z lozka, pakuje lunch, rozgladam sie dookola, wsiadam na rower i mkne na stacje kolejowa. Wsiadam do pociagu i o 8:30 laduje w Gweanyed Valley. Tam czeka na mnie Kelsey w swoim rozklekotanym samochodzie. Zajezdzamy do Wawa gdzie kupujemy kawe na wynos i docieramy na miejsce obozu.

Wszystko biegnie jak w zegarku, wszystko z gory przygotowane i zorganizowane. Jest nas duzo, a dzieciakow malo. Poza tym sa one dosc grzeczne wiec nie ma wiekszych problemow. Nawet pogoda nam sprzyja bo zrobilo sie minimalnie ( a dzisiaj nawet bardzo) chlodniej!

Dni maja swoje tematy- jednego dnia uczymy o tym ze ludzie maja emocje i pomagamy je rozrozniac, drugiego uczymy o tym ze kazdy ma swoja wlasna perspektywe patrzenia na rozne rzeczy i ze nalezy uwzgledniac i starac sie zrozumiec punkt widzenia innej osoby. Trzeciego dnia uczymy o tym co to jest komunikat "ja" i dlaczego warto go urzywac... itd... Smieszne jest to ze polowa z tych rzeczy to sa rzeczy ktorych uczono nas na komunikacji interpersonalnej w tym roku. Uwarzam ze to calkiem smieszne ze dzieci w wieku 8 lat ucza sie tego, co mysmy cwiczyli na studiach!:))

Poza czescia "naukowa" jest tez czesc gier. Dave prowadzi gry - jest niesamowita kopalnia gier dla dzieci, tak ze sobie wszystko skrzetnie zapisuje, bo sa warte wykorzystania w przyszlosci. Poza tym Dave omawia gry z dziecmi tak jak my omawiamy gry na warsztatach- co dzieciaki zauwazyly z pracy w grupie, jak sie czuly, co mozna zmienic. -- bardzo mi sie to podoba!!!

To co mi sie nie podoba, to to ze dzieci musza byc takie bardzo grzeczne. Wlasciwie caly czas musza skrzetnie wykonywac polecenia (chociaz zwykle polecenia sa ciekawe), oraz musza byc skupione. Co jest bardzo trudne kiedy na dworze ladna pogoda i plac zabaw blisko. Ja bym chciala zeby mogly sie one wieceje pobawic, powariowac i poiwyglupiac. Tutaj trenuje sie dzieci zeby byly bardzo powazne i racjonalne...

No i mam duzo mieszanych uczuc co do roznych charytatywnych przedsiewziec w jakie chcemy dzieciaki angazowac. Oraz w jaki sposob rozmawiamy z nimi ze na swiecie sa biedne i bogate kraje. -- ja mam na to troche inna perspektywe, bo pochodze z innej czesci swiata. No i jakos nie ma czasu zeby to znimi omowic. Ale na szczescie pracuje tam jeszcze 2tygodnie i jeszcze sie moze nadarzyc okazja do takiej rozmowy.

piątek, sierpnia 04, 2006

Bike Church

Bike Church = Neighborhood Bike Works. Jest swietna organizacjja promujaca rowery w Filadelfii (czy ja juz cos o tym wspominalam?). Przez ostatnie 3 tygodnie pomagalam Cat (mieszka ze mna) w zajeciach dla 10-latkow gdzie reperowalismy rowery a na koniec zajec rower jest ich ( po kilku tygodniach). Dzisiaj byl koniec programu, nasze zajecia byly czescia zajec dla Freedom Schools, ktory ma na celu podtrzymywanie oraz uczenie o afro-amerykanskich tradycjach. Program na tez na celu pomoc w wyrownaniu edukacyjego poziomu i jest skierowany glownie do czarnych dzieci (nie wiem czy tylko, czy nie tylko). Tak wiec dzisiaj bylam na oficjalnym zakonczeniu, widzialam tylko kawalek, ale jest to bardzo ciekawa czesc kultury amerykanskiej, ktora nie jest tak bardzo eksponowana na codzien.

Ja sie nauczylam mase na tych zajeciach. Bo tak naprawde okazalo sie ze wiem bardzo malo, bo co z tego ze mam generalne pojecie o tym jak dzialaja hamulce, kiedy w praktyce gubie sie ktora srubka jest do ktorego rodzaju hamulcow, oraz gdzie wlasciwie lezy problem z przeskakujacym lancuchem. Wiem teraz znacznie, znacznie wiecej, Ale bardzo zaluje ze program sie juz skonczyl bo jest jeszcze masa rzeczy ktorych nie wiem!!!

Jak chcecie wiedziec wiecej o Bike Church - a naprawde warto! - zajrzyjcie sobie na strone ktora z boku podalam:))

Poczatek Obozu

We wtorek wybralam sie na spotkanie z ludzimi z ktorymi bede pracowac na obozie. (Gwenead Peace Camp). Organizowany przez kwakrow z przedmiesc Filadelfii.

Plusy - przez pierwsze dwa tygodnie bedziemy uczyc dzieciaki 10 i 11 letnie jak rozwiazywac konflikty, a w trzecim tygodniu bedziemy pokazywac im ze istnieje swiat dookola, w ktorym warto robic 'dobre" rzeczy. Caly oboz jest przygotowany bardzo profesjonalnie, na podstawie szkolenia dla doroslych o rozwiazywaniu konfliktow (pewne rozszerzenie dla mojej sciezko negocjacyjnej). Ha! Oboz zwraca mi kase za moj bilet lotniczy!:)

Minusy- program jest w pelni ulozony, wiec mam na niego bardzo maly wplyw. Moja rola (tak jak i dwoch innych councelors) bedzie zeby podarzac za dziecmi i pomagac im w czymkolwiek i we wszystkim. Dla mnie to troche trudna rola do przyjecia. Ale za to moze sie wiecej naucze. Poza tym w USA naprawde nie mozna przytulac dzieci! ;) pogadalam chwile o tym i juz wiem ze moge polozyc reke na plecach ale nie powinnam za bardzo poklepywac, oraz nie powinny mi siadac na kolanach, no a poza tym i tak nie przewiduja... troche mnie te reguly przerazaja, ale mam nadzieje ze w rzeczywistosci to wyglada troche inaczej. Poza tym sa to kwakrowie z przedmiesc Filadelfii i wiekszosc dzieci tez bedzie z przedmiesc- oznacza to dzieci z dobrych i bogatych domow, ktorym niewiele do szczescia potrzeba, ktore i tak wiedza jak rozwiazywac konflikty....

Jak widac na razie wiecej widze minusow niz plusow. Zobaczymy jak to bedzie jak sie juz caly ten kram zacznie. Bedzie to na pewno niesamowity wglad w kulture kwakrow - aktywistow. Jest ona czescia ich tradycji praktykowanej od kilku pokolen- ciekawe do czego doszli w tym czasie.

Pierogi Night

Dwa dni temu zorganizowalam u mnie w domu Pierogi Night (Ben poprosil zebym zrobila slawne polskie pierogi).

Zaserwowalam ruskie- chociaz toche dziwnie robi sie ruskie w takie upaly, my je raczej jemy zima... :)) Przepis na ruskie w USA: znalezc Ceso Fresco z Gwatemali i zmieszac z Wloska Ricotta - wydzie z tego cos podobnego do posolonego polskiego bialego sera.

tak czy siak mielismy super wieczor. Troche mi tutaj dziwnie bo moj obecny dom jest pelen indywidualistow, ktorzy gadaj ze soba 5 min, a potem rozchodza sie do swoich zadan. Malo tutaj polskiego zartowania, przepychania, opowiadania sobie nawzajem roznych rzeczy. No ale pierogarski wieczor byl super. Robilismy pierogi w trojke - Ja, Chip i Seven, a Cat siedziala i sobie z nami gadala. Zajelo nam to z 2h- przez dwie godziny sobie gadalismy , zartowalismy i opowiadalismy historie. Hurra!:)
Bylo bardzo, bardzo przyjemnie!!!!

... i strasznie upalnie. Dlatego po kolacji (kolo 23) pojechalysmy z Seven i wskoczylysmy do fontanny w srodku miasta (mojej iulubionej - z zolwiami i zabami sikajacymi woda). Bylo to wspaniale zakonczenie wieczoru w fontannie masa dzieci z rodzicami siedzacymi dookola na laweczkach, oraz mlodych i starych. Strasznie fajnie. Z dwojka dzieci poganialam sie i pochlapalam woda. Wspa-nia-le! A w dodatku fontanna jest noca podswietlana wiec wszystko to tworzylo niesamowity widok! Jeeeja.

czwartek, lipca 27, 2006

Maly update

Co u mnie? Nic szczegolnego. Pracuje sobie nad domem. Jestesm juz mistrzem z robienia naroznikow z masy gipsowej ( czy jak sie to cos nazywa po polsku). Poza tym panowie w sklepie z artykulami budowlanymi juz mnie poznaja- nawet przez telefon!:)) (Jestem ich little polish friend:)).

Troche chodze do Spiral Q.

Poza tym bardzo bardzo sie ciesze z powrotu Chucka, Pameli, Tima i Andrew do domu. Jest to moja prawdziwa tutejsza rodzina i mam mase zabawy z nimi.

Wiadomosc z ostatniej chwili - bylam na warsztatach sitodruku i zrobilam pierwszy druk ever!:))

Robie mnniej rzeczy (zgodnie z przykazaniem roznych osob co do mnnie pisaly pytajac sie co ja tak ganiam jak wariat!- no to juz nie ganiam:)).

Troche tesknie za Polskimi wakacjami, szczegolnie za splywem kajakowym oraz pupczanskimi polami noca letnia. No i za ludzmi - no ale to chyba niezmiernie oczywiste. Tak wiec bardzo sie ciesze na powrot i sciskanie wszystkich.

niedziela, lipca 23, 2006

wtorek, lipca 18, 2006

Upaly

Juz troche pisalam ze tutaj goraca, ale jest tak goraca ze warto poswiecic na to osobny wpis.

JEST STRRRAAASZNIE GORACA!!!

Wczesniej myslalam sobie ze w Polsce jest kiepsko bo 1/3 roku robi sie malo rzeczy bo jest za zimno, a oni w Filadelfii maja fajnie bo zimy sa ok. Tylko ze tutaj nic sie nie da robic w wakacje bo jest za goraco.

Powietrze mozna kroic na male kawaleczki. Slonce swieci bez przerwy. W nocy wcale nie jest chlodniej, roznica jest tylko taka ze sie czlowiek nie opala;)

Co kilka dni zdarza sie ze temperatura spada o kilka stopni i robi sie parno - jeeeja , jak parno! Strumyczki sie leja z przodu i tylu.

Wszedzie kroloje klimatyzacja (a w biedniejszych przybytkach wiatraki - wszedzie).

Jakos nie wiem dlaczego mnie to tak bulwersuje. Chyba dlatego bo sie tego nie spodziewalam. Jakos nigdy nikt nie mowil "Filadelfia = tropiki". A nalezy.

No i na koniec dorzuce tylko anegdotke ze Ben i Chip sa z Florydy i teraz co chwila przyjezdzaja do nas ich znajomi --- bo u siebie nie moga wytrzymac - tutaj jest chlodniej....

Polska...

Danusia pyta czy slyszalam o zmianach w Polsce i o naszych wspanialych twinbrothers...
taaak slyszalam, wczesniej czytalam w miare regularnie gazety, ale teraz mam mniejszy dostep do internetu. Moze to z reszta i dobrze ze juz nie czytam;) Jeden moj kolega zyczyl mi nieczytania gazet, zebym napewno wrocila:)) Mysle ze az tak zle nie jest. No ale jak macie jakies ciekawe njusy albo cos sie ciekawego dzieje to piszcie, bo z gazetami bywa roznie.

Chcialam oglosic ze Polska jest slawna - Ben i Chip czytali w amerykanskich gazetach ze blizniacy rzadza Polska;)

Ja sobie polskie dyskusje funduje z Michalem i Ewa - co jakis czas sie wentylujemy i sobie wykrzykujemy co nam sie nie podoba, a potem wracamy do normy:)))

To tyle z co wiem o polsce i polskich wydarzeniach.

Brand New Home:)

Ha ha!
Od trzech nocy mieszkam juz w moim docelowym domu (tym co jest w remoncie i co nie bylo sufitu u mnie w pokoju- nadal nie ma). Jako ze nie ma sufitu to na razie rzeczy trzymam w pokoju i mojego kolegi Chipa, a spie sobie na dachu, co okazuje sie byc najlepszym mozliwym wyjsciem -bo tutaj nawet noca temperatura nie spada i w domu jest sie na granicy umarcia z dusznosci, chyba ze ktos ma klima albo wiatrak- a ja nie mam:))

Dach jest niesamowity jeszcze pod jednym wzgledem - okazuje sie ze w Filadelfii sa jacys wariaccy wielbiciele fajerwerkow i przez cala noc mozna ogladac sobie fajererki. Wlasciwie to puszczaja je w dwoch miejscach- w nieregularnych odstepach czasu. Wiec sobie mysle ze to moze jakis kurs puszczania sztucznych ogni. Tak czy siak jest fajnie bo mozna sobie jesc kolacje i ogladac- cos wspanialego.

Poza tym, co mi sie strasznie podoba- cala ciepla woda w domu jest ogrzewana przez ogrzewacz sloneczny zainstalowany na dachu! Dziala to bardzo dobrze! Nawet w nocy jest jeszcze ciepla woda.

Pietro nizej- na 2 pietrze jest pokoj Seven oraz pokoj Ben (z jego pokoju mozna zajrzec do mnie do pokoju - bo jego nie ma podlogi:)). Ostatnio do wymienionych belek dosrubowywalismy nowe dechy dla wzmocnienia - wyglada bardzo profesjonalnie.
Nowe slowa:
washers nuts, bolts, sistering, joice

Pietro pierwsze- tutaj jest pokoj Chipa i Kath i moj przyszly pokoj. Oraz lazienka ktora ma na scianach mozajki wlasnej roboty Chipa, oraz na podlodze niedokonczona mozaike oraz ciepla wode z ogrzewacza:)) Pokoj Chipa jest strasznie ladny, pelen spokoju i slonca, ma troche ksiazek i wygodna kanape.

Parter- na parterze jest living room gdzie sa 4 wygodne fotele, oraz miliard roznych-innych-rzeczy jak stol bez blatu, narzedzia, rowery, szafki biurka, kubel z gipsem itp. Z tylu domu jest kuchnia ktora wyglada bardzo smiesznie a woda ze zlewu leje sie prosto do ogrodka i podlewa kwiatki (dlatego urzywamy tylko ekologicznych plynow). Bardziej z przodu jest pokoj gdzie spi Ben (on i Chip sa wlascicielami domu) - pelen gratow i roznych foteli. Z przodu domu jest zabudowana weranda gdzie unosi sie osobliwy zapach skladowanych tam smieci.... (w Filadelfii smieci sa zabierane raz w tygodniu...) oraz miliard rowerow (sie unosi...).

Osoby lewitujace miedzy pietrami: Beth (co przyjechala na 2 tyg ) oraz David (ktory wyglada jak bohater Coffe and Cigarettes ), no i ja. Sa jeszcze dwa psy (pies Seven i pies Kath) oraz iles kur co znosza jajka.

Powoli sie zadomawiam, chociaz to jest taki troche dziwny dom takich anarchistow-indywidualistow. Kazdy chodzi swoja droga i troche stara sobie nie wchodzic w parade. Ale sie powoli z nimi zaprzyjazniam. Sa to zdecydowanie bardzo ciekawe nowe doswiadczenia a propo wszystkich moich komun i komunitarian.